niedziela, 29 grudnia 2013

Łyżwy.

W zeszłym tygodniu byłam na lodowisku. Tym razem jedynie jako bierny obserwator. Stałam przez jakiś czas i obserwowałam jeżdżących. ludzi.  Wśród nich były pary, paczki kupli, przyjaciółki. Jednak moją uwagę najbardziej zwrócił pewien starszy pan z wnuczkiem. Dziadek naprawdę miał nie lada umiejętności, jeździł bardzo dobrze. A mały chłopczyk dopiero się uczył. Dziadek jeździł w pewnej odległości dookoła chłopca. ten się przewracał, patrzył na niego albo nie patrzył, jechał albo upadał po raz kolejny. Dziadek jednak mimo, że był cały czas gdzieś w pobliżu, miał wnuczka w zasięgu wzroku nigdy od razu nie podbiegał ratować sytuacji. Zawsze dawał mu swobodę. Chciał, by próbował sam wstać. Dopiero po kolejnej nieudanej próbie złapania pionu po upadku dziadek podjechał do wnuczka i pomógł mu wstać, kawałek pojechali trzymając się za ręce, wreszcie go puścił.
Mam takie wrażenie, że to taki trochę Boży obraz. Bóg w sumie postępuje podobnie. My sobie jeździmy własnymi ścieżkami, upadamy, nie możemy się podnieść, nawet czasami nie umiemy dobrze jeździć. On zawsze jest i zawsze dba, ale zawsze też daje nam tę wolność i swobodę, byśmy nauczyli się samodzielności.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz