piątek, 30 sierpnia 2013

W pogoni za rozumem.

Widok mnie zaczytanej w jakąkolwiek książke był raczej rzadki. Nadal jest. jednak w ciągu ostatnich paru dni muszę przyznać, ze pochłaniam trzecią ksiązkę. Właściwie to zaczynam trzecią, więc w sumie pochłonęłam dwie (wcale nie cieniutkie), ale to i tak jak na mnie bardzo dobry wynik. Mól książkowy powinien spojrzeć na mnie pobłażliwie, ale jednak być dumny.
Obecnie czytam "W pogodni za rozumem" Helen Fielding ( Tak, przeczytałam również "Dziennik Bridget Jones". przyznaje się, ale czy to źle? ) i zaczęłam się zastanawiać, czy właśnie przypadkiem nie gonię własnego rozumu, bo mi może gdzieś zwiał. Może sięganie po analizę myślenia i życia samotnej kobiety po trzydziestce nie jest szczytem ambicji, ale jest lekkie i przyjemne, a wakacje powinny być choć trochę czasem odpoczynku. Nie trzeba od razu siegać po "Ulissesa" Jamesa Joyce'a  (żyję ze sobą 19 lat i trochę już zdążyłam się poznać i wiem, że NIGDY po niego nie sięgnę, a jak sięgnę to z pewnością szybko odłożę).

Pierwszą książką, która odkryła we mnie nieodkrytą prawdę, że chyba jednak potrafię czytać była opowieść Todda Burpo "Niebo istnieje, naprawdę!", a właściwie to jego syna. Syn Todda miał niecałe 4 latka gdy pękł mu wyrostek robaczkowy. Podczas operacji chłopiec odwiedził niebo. Wyszedł ze wszystkiego cało, jednak zwrócił uwagę rodziców różnymi dziwnymi pytaniami albo stwierdzeniami na temat nieba. Bo tam był. Z prostotą 4 letniego dziecka jak potrafił dzielił się swoimi spostrzeżeniami. Bo wiecie, w niebie nikt nie jest stary i nikt nie nosi okularów :)

A teraz wracam gonić rozum.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz