piątek, 20 września 2019

Ona i On.

Wtedy:
Ona -  *chorowała na Niego 7 lat. 
*wyleczona z Niego od 3 lat, właściwie dłużej, ale to był moment przełomowy, po wyjaśnieniu wszystkiego 
*w świeżym związku od dwóch miesięcy, z zaangażowaniem, różowymi okularami, nadzieją na przyszłość

On - w związku od 10 lat, raczej mocno wypalonym, z poukładanym życiem, pracą i codziennością.

Zdarza się, że widzą się raz, maksymalnie dwa razy w roku. Wypiją piwo. Albo trzy. Pogadają o głupotach i o tym co tam słychać w życiu. Potem w zależności od pogody on odprowadza ją do hmmm, miejsca w którym śpi, tzn w tym wypadku mieszkania jej babci i dziadka. Ewentualnie wynajmuje siostrę w charakterze taksówkarza. Mieszkali w jednym mieście przez 5 lat, ale spotkali się chyba ze dwa razy. Niby było między nimi ok, ale wiadomo, że sytuacja wyglądała tak jak wyglądała. Tak czy siak względnie normalnie.

Kwiecień. Przyjechała, napisała smsa z nadzieją, że choć na chwilę się wyrwie z tego miejsca. Już nie z nadzieją na coś, ona już się poukładała w tej kwestii. Już wreszcie bez motyli w brzuchu, magnetycznego przyciągania i innych takich. Wreszcie kompletnie normalnie. Zrozumiała, że nie i już, że dostała wreszcie szansę na próbę budowania czegoś z kimś innym. Zrozumiała, że trzeba iść dalej. Zrozumiała kilka ładnych lat temu. I poszła.  
No i się spotkali, wypili te trzy piwa, pogadali, wyszli, spacerowali. "Gdybym chciał bym Cię tak wyprowadził, że pół nocy byśmy szli do Twoich dziadków, ale jako że jestem gentlemanem, idziemy normalnie." Najśmieszniejsze, że to prawda, bo dróg tam nigdy nie ogarnę, chociaż jedną już umiem wrócić sama (w dzień). Znaczy chyba umiem. Umiałam. Stali już pod blokiem. Gadali o pierdołach.  Nagle jakoś bliżej, nos w nos. "O nie, mój drogi, kiedyś powiedziałabym że latami na to czekałam i weszłabym jak głupia. Ale nie dziś, nie teraz, nie ma opcji. Poza tym przypominam, że Ty też jesteś w związku. I ja też jestem. "- nie powiedziała tak tylko pomyślała i ostentacyjnie się odsunęła. 
"W sumie to nie masz czego żałować bo ja i tak beznadziejnie całuję. Ale Ty dobrze się przytulasz". Bardzo kurna zabawne. Chyba zaczęła się śmiać. Szczególnie, że przytulilismy się wtedy raz na pożegnanie i tyle. Najnormalniej na świecie. nawet się nie przywitaliśmy, bo tylko weszłam do samochodu. Boki zrywać. Przez tyle lat miałeś milion okazji. do kiwnięcia palcem. do czegokolwiek. Dobrze wiedziałam, że nigdy nic nie było i nie będzie. Ale zabawne, że akurat wtedy doprowadziłeś do takiej sytuacji. Właściwie to znając Cię - i tak byś tego nie zrobił. I ja nie pozwoliłabym, żebyś to zrobił.

Dobranoc. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz